Kajakowe Eldorado
ŁOTWA - VIDZEME

2.

Rzeki Tirza i Gauja od Grote do Gaujieny

5 - 13.06.2004

prowadzący: Jan Kramek

Część rekonesansowa

Rzeka Tirza.

4 czerwca, piątek

Sformowała się już silna grupa pod wezwaniem. Znamy z Darkiem ¾ jej składu osobowego. Spod Dworca Wschodniego w Warszawie ruszamyo godz. 19.30, kajaki bierzemy na przyczepę na parkingu w Stanisławowie. W Broku dosiada się jedna osoba, w Białymstoku kolejne trzy, i to już komplet śmiałków ruszających na podbój dziewiczej rzeki. Przed Suwałkami postój na parkingu przy restauracji, znam ją już sprzed roku, ech jak ten czas szybko mija, to już rok minął od ostatniego tu naszego pobytu. Jedni wolą w nocy wypić zimne piwo, inni zaś gorącą kawę; de gustibus non est disputantum. Granica polsko-litewska o godz. 3.00; nie pojawia się żaden celnik, przejeżdżamy bez zatrzymywania się. Jak w prawdziwej Europie, czyżby stawało się to już powoli standardem na tej chociaż granicy?

5 czerwca, sobota

Przejeżdżamy wczesnym świtem przez senny Mariampol, Kowno (Kaunas), Ucianę (Utenai), Jeziorosy (Zarasai). Granicę z Łotwą przekraczamy o godz. 7.00; tym razem pogranicznik sprawdza nasze dokumenty, tutaj nowe obyczaje nieprędko chyba dotrą. Omijamy obwodnicą prowadzącą lasami duże miasto Dźwińsk (Daugavpils) i jedziemy wzdłuż szeroko rozlanej największej na Łotwie rzeki Dźwiny, a potem już prosto na północ do miejscowości o ładnej nazwie Madona. Upał się zrobił niemiłosierny, aż miło wyjść z autokaru. Po dłuższym poszukiwaniu kantoru lub banku trafiamy na takiw supermarkecie, gdzie wymieniamy nasze pieniążki na łotewskie łaty. Madona to niewielkie, ale schludne i ciche miasteczko, z jedną główną ulicą, stacją kolejową i kilkoma nowoczesnymi budynkami publicznymi. Ogólnie sprawia korzystne wrażenie, widać dbałość mieszkańców o otoczenie.

W upale jedziemy do miejscowości Cesvaine, tam postój dwugodzinny.W Cesvaine główną atrakcją jest pałac czy też zamek 1), który pobieżnie zwiedzamy. Dwa lata temu w grudniu w odremontowanym niemal całkowicie budynku wybuchł pożar, który strawił większość poszycia dachowego. Teraz pałac okaleczony, ale nadal piękny wita turystów. W pałacu umieszczono szkołę, hol udostępniono do zwiedzania, a przed budynkiem urządzono wystawę plenerową malarstwa, piękne kompozycje fantasmagoryczne świetnie komponują się w otoczeniu starych murów. Wokół pałacu pięknyi zadbany park założony w pagórkowatej okolicy, pomiędzy drzewami rozciągają się widoki na okoliczne lasy. Czuć, że oto zaczynają się Inflanty 2), ta magiczna kraina znana z historii.

Jedziemy dalej drogą asfaltową, a potem już tylko szutrową, białą i twardą jak to tylko szutrówki na Łotwie potrafią być. Trafiamy na most na rzece Tirza między miejscowościami Karkli i Druviene. Tym razem pudło, za wąsko tu i za dużo drzew w korycie. A teren na biwak pierwsza klasa, szkoda tego miejsca. Kierujemy się na kolejny most na drodze pomiędzy Druvienei Alsupes. W pobliżu skrzyżowanie szutrowych dróg, kilka chat i zabudowań drewnianych, no i przystanek autobusowy. Tirza jest tu wąska, ale wygląda na spławną. Poszliśmy się przejść kilkaset metrów w dół rzeki, już widać że jutro łatwo nie będzie, w nurcie liczne przeszkody, a brzeg wysokii całkiem nieźle zakrzaczony.

Rozstawiamy namioty na łące nad rzeką, każdy coś gotuje do jedzenia, apetyty dopisują po prawie dobie jazdy. Teraz pora na rozdział kajaków, po kolei, według zasług. Dostajemy ostatni kajak, bez luków, widocznie nie zasłużyliśmy na inny. Nie mamy więc wiele do powiedzenia kierownictwui idziemy z Darkiem spać, nie przejmując się dalszym ciągiem wieczoru. Za karę będziemy jutro płynąć na czele z siekierą i piłą w kajaku. Przecieranie szlaku, oj jak bardzo nam się to podoba, wprost uwielbiamy to. Dobrze, że mamy doświadczenie z poprzednich lat, a płynięcie na przedzie ma też swoje uroki, wszędzie jesteśmy pierwsi i widzimy rzekę w całej swej dzikościi naturalnym pięknie, nieskażoną poprawkami i udogodnieniami wynikającymi z pracy siekiery i naszych rąk.

6 czerwca, niedziela

Pobudka o godz. 7.00, słońce świeci ostro i daje mocno po oczach, co się czuje nawet przez tropik namiotu. Pierwsze podczas tego wyjazdu pakowanie namiotu i całego bałaganu do autokaru. Wodujemy kajaki, zaczynamy spływ, rzeczka dosyć wąska, zakręt za zakrętem zakręt pogania. Jedziemyz Darkiem na czele, siekiera nader często jest w użyciu. Ale piekielne warunki pracy, pod konarami i na gałęziach pełno liszek, łapiemy je całymi stadami do kajaka, oblepiają nam wiosła, spadają na głowy. Upał się wzmaga, rozebrać się jeszcze bardziej nie możemy, no bo i tak niewiele pozostało na grzbiecie. W rzece zawał za zawałem, trzeba często wysiadaći pracowicie przerąbywać się przez gałęzie. Problem z wysiadaniem polega na tym, że powyżej zawału tworzy się głębia i często nie można wysiąśćz kajaka nie wpadając po pas do wody. Jeden z zawałów dał mi się we znaki, wpadłem do wody po szyję i przez dłuższą chwilę wisiałem kurczowo uczepiony rękami konaru leżącego w poprzek nurtu. Sytuacja komiczna, ale nie do śmiechu mi było, długo trwało zanim nieporadnie wdrapałem się na gałąź i wczołgałem na brzeg. Upojne minuty nad środkową Tirzą pozostaną mi długo w pamięci.

Dziś przez pięć godzin jazdy przebyliśmy zaledwie 9 kilometrów, a to chyba wyraźnie świadczy o tym, czym jest Tirza. Po drodze minęliśmy most, obok niego jakieś opuszczone zabudowania, nieczynna linia kolejowa, stacja zamknięta na siedem spustów. Rzeka silnie meandruje i dopiero po dłuższym czasie docieramy do siedziby gminy w Tirzie, szybko rozbijamy namiot, zaczyna rzęsiście padać. Potem wybieramy się na spacer po miejscowości, idziemy najpierw prostopadle do zabudowań, potem główną szosą dochodzimy aż na wzgórze z widocznym z daleka kościołem luterańskim 3). Przy głównej drodze znajdujemy drogowskaz, wskazujący na, ja się dopiero później dowiedziałem, uzdrawiające źródło 4) położone po drugiej stronie rzeki. Powrót kładką dla pieszych obok wymarzonego miejsca biwakowego koło amfiteatru. Do kładki wiedzie szeroka droga, widać, że kiedyś był to most drogowy, ale chyba po wybudowaniu nowego nieco powyżej okazał się niepotrzebny. Jeszcze tylko spacer alejkami nostalgicznego cmentarza, w którym groby wykopano wprost w lesie między drzewami. Proste groby ziemne lub zaledwie głaz z wyrytym krzyżem i nazwiskiem; cały cmentarz nie ogrodzony, ale pięknie utrzymany, starannie zagrabione alejki, zadbane groby. Dlaczego u nas w Polsce króluje marmur i lastryko?A przecież można inaczej, jakoś tak poczuliśmy się tu bliżej natury. W takim miejscu różne myśli przychodzą do głowy, warto się zatrzymać i usiąść na jednej z licznych ławeczek i zadumać się nad przemijaniem czasu.

7 czerwca, poniedziałek

Mokra łąka po nocnym deszczu, ale wstaje słoneczko, szybko więc wysusza namioty. Pogoda zapowiada się fantastyczna. Dziś nie ma zawałów w nurcie, rzeka dosyć szeroka, silnie meandruje; nadal płyniemy z Darkiem na czele spływu. Rzeka opływa Tirzę, jakie piękne chwile dla koneserów przyrody i ujęcia dla fotoamatorów. Dalej za Tirzą rzeka rozszerza się tworząc długie i wąskie sztuczne jezioro, na którego końcu znajduje się tama i chyba mała elektrownia lub młyn. Przenoska kajaków mało kłopotliwa, potem nieco leniwego nurtu i kolejne jezioro zaporowe. Upał daje się we znaki, robimy popas i zalegamy na łączce koło zabudowań elektrowni odpoczywając przed dalszą drogą.

No i zaraz poniżej przenoski zaczyna się... Mało wody, pracownik elektrowni nie chciał nam puścić więcej życiodajnego płynu, a tu w korycie pełno kamieni, ostrych głazów. Spływ na długim odcinku wygląda następująco:10 metrów płynięcia, 50 metrów ciągnięcia kajaka, znowu 15 metróww kajaku, potem kolejne 100 metrów burłaczenia. Koszmar. Już nam się nie chce wsiadać do kajaka, idziemy cały czas obok niego, szkoda sił tracić na ciągłe pokonywanie burty. Wsiadać, wysiadać, wsiadać, wysiadać, wsiadać... Ten odcinek Tirzy śmiało zasługuje na nazwę puszczańskiego, dobrze utrzymanego, choć nie oznakowanego szlaku pieszego. Za to jakie ujęcia fotograficzne, krajobraz nadrzeczny przypomina jakąś puszczę nadamazońską, słońce z trudem przedziera się przez zielone, pachnące kłębowisko gałęzi, liści.

Docieramy wykończeni do głównej szosy Gulbene - Valmiera. Całość grupy zbiera się stopniowo przez ponad dwie godziny, ci płynący na końcu wyglądają jakby właśnie przeszli przez piekło. Machają tylko z rezygnacją rękami i mamroczą pod nosem słowa powszechnie uznane za nieparlamentarne. Teraz trzeba jeszcze kajaki wyciągnąć na wysoki brzeg i zanieść je 150 metrów za parking, pod las. Upiorna praca mięśni, wszyscy są zmęczeni i stają się przez to nerwowi. Jedna załoga stanowczo utrzymuje, że jutro nie płynie, mają dość atrakcji na jakiś czas. Dziś przebyliśmy 22 kilometryw 8 godzin. Rozpalamy ognisko, zaczyna kropić, woda w rzece powoli podnosi się, widocznie obsługa elektrowni otworzyła zastawki. Teraz do sobie mogą.... Klniemy jak szewcy.

8 czerwca, wtorek

Gorąca noc w namiocie, parna. To zły znak. I niestety nie omyliłem się; rano leje, ochłodziło się, miny mamy nader markotne. Składamy namiotw deszczu, połowa grupy nie chce dziś płynąć, ładują kajaki na przyczepęi urządzają sobie wycieczkę autokarową. Ale ci co przyjechali tu pływać,a nie wąchać spaliny ruszają w dół Tirzy; owszem leje, ale da się płynącw dość komfortowych warunkach. Nagle wyrasta przed nami zawał - widmo. Konary i gałęzie szczelnie zatarasowały koryto rzeki do wysokości 3 metrów. Wysiadamy i patrzymy przed siebie, zawał ma ok. 30 metrów długości, czegoś takiego nie widzieli najbardziej doświadczeni kajakarze. Co tu robić? Przenosić kajaki górą? Ale brzegi urwiste, krzaki, błoto, brak dojścia do wody. Widoki na obejście marne. Postanawiamy zastosować standardową metodę przeciągania kajaków po konarach. Ale najpierw trzeba wyjśćz kajaka na zawał, a to wymaga akrobatycznych umiejętności, trzeba uważać, aby nie znaleźć się po szyję w wodzie. Konary śliskie po deszczu, zabłocone, noga zapada się między nie, klinuje się też często przenoszony kajak. Masakra w samo południe. Ale przecież sami tego chcieliśmy...

Udało się, zawał pokonany, ciężko dyszymy zanim będziemy zdatni jechać dalej. Kolejnych sześć zawałów podobnej wielkości nie robi już na nas, starych wyjadaczach zawałowych, wielkiego wrażenia. Pokonujemy je z marszu, pomagając sobie wzajemnie. Przebyliśmy całe 12 kilometrów w 6 godzin. Meandruje ta nasza rzeczka przeokrutnie.

Wreszcie docieramy do mostku dla pieszych w miejscowości Lejasciems. Idziemy na rekonesans do centrum wsi gminnej, ale naszego wesołego autokaru ani widu, ani słychu. A miał tu na nas czekać. W końcu do czegoś przydaje się telefon komórkowy, okazuje się, że reszta uczestników spływu znalazła wspaniałe miejsce biwakowe w pobliżu amfiteatru bezpośrednio nad rzeką. Musimy podpłynąć jeszcze kawałek. W końcu lądujemy i rozbijamy namiot. Łączka widokowa, teren pagórkowaty, amfiteatr pięknie wkomponowany w krajobraz.

Zaczyna padać, ale mimo to idę z Darkiem do centrum miejscowości, tam w miejscowej knajpie punkt zborny wielu spływowiczów, zamawiamy jakiś obiad, próbujemy przeczekać deszcz. Robimy też zakupy podstawowych artykułów spożywczych, czyli chleba i piwa. Pada cały czas, zrobiło się bardzo zimno, czy to dobry znak? Oby.

9 czerwca, środa

Pobudka wcześnie rano. Zimno. Za to nie pada. Nie ma nic za darmo, ale dobre i to. Pakowanie, szybki posiłek i ruszamy o godz. 10.00. Tirza płynie już leniwie, przepływamy pod mostem drogowym, za chwilę rzeka wpada do Gauji, dyskutowałbym, czy nie jest odwrotnie, na pierwszy rzut oka obie rzeki są jednakowej szerokości. Koniec jakichkolwiek przeszkód, płynie się wypoczynkowo, aczkolwiek przydałby się ster w kajaku, nosi nas jak pijanych, płyniemy zakosami i robimy dodatkowe zbędne i męczące jak licho kilometry. Dziś zrobiliśmy 24 kilometry, z nieba leje się żar, Gauja płynie piękną doliną, brzegi są często urwiste, sporo zakrętów, nudzić się z pewnością nie można.

W końcu po lewej stronie pojawia się wśród gęstego lasu słusznych rozmiarów polanka i widać już nasz wesoły autobus, hurra! Jesteśmy u ujścia rzeczki Tirzina. Rozbijamy się, jest sporo miejsca na namioty, każdy znajdzie piękny zakątek, niekoniecznie na mrowisku lub pod drzewem. Ruszam zrobić kilka zdjęć popołudniową porą, jest świetne oświetlenie i można postarać się o ciekawe ujęcia.

Po sesji fotograficznej ruszam dróżką leśną przed siebie, wychodzę na drogę szutrową i leniwym krokiem maszeruję sobie ładny kawał hen w dal. Dookoła cisza, ptaki szczebioczą, Tirzina płynie pod mostkiem, myśli kolorowe rodzą się pod czuprynką. Żyć nie umierać w tej głuszy zapomnianej przez ludzi i Pana Boga. Ale nadchodzi nieubłagany moment, kiedy trzeba zacząć wracać do cywilizacji, czyli do obozu. Nie wiedziałem, że taki kawał drogi od niego odszedłem, muszę naciągać nogi, aby zdążyć na wieczorną odprawę. Jest przenikliwie zimno, idę sobie i gadam sam ze sobą, czasami takie rozmowy są potrzebne. Wieczorem ognisko, leniwie snują się rozmowy przed pójściem spać.

10 czerwca, czwartek

Pobudka, wita nas poranne słoneczko. Uśmiech na dzień dobry, pakowanie i śniadanie. Dziś ostatni dzień płynięcia kajakiem, rzeka jeszcze ciekawsza niż wczoraj, urwiste brzegi, ostre zakręty, które pokonujemy już z większą sprawnością. Docieramy do miejscowości Gauijena, nie rozbijamy się tuż nad rzeką, ale wnosimy kajaki na urwisty brzeg i rozstawiamy namioty na trawiastym podwórku jakiegoś obejścia. Miejsce dobre, ale te mrówki, one nie znają smaku ciał znad Wisły...

Pakujemy kajaki na przyczepię przez dwie godziny, potem jeszcze udaje się mi zrealizować skok do centrum miejscowości. Niestety, sklepy są już zamknięte, nic z zakupów. Docieram do parku, w którym odnajduję dużą, aczkolwiek zniszczoną przez nieubłagany czas kaplicę grobową rodu von Wulff. Jeszcze tylko rzut oka na ruiny zamku krzyżackiego oraz rozległy kompleks pałacowy otoczony zabudowaniami gospodarczymi w stanie daleko posuniętego rozkładu. W pałacu, a raczej kompleksie pałacowym umieszczono szkołę, chyba z internatem, bo widzę wielu uczniów. Powoli zapada zmierzch, pora wskakiwać do ciepłego śpiwora. Jutro tylko jazda autokarem połączona ze zwiedzaniem ciekawych miejsc po drodze.

11 czerwca, piątek

Dziś pobudka o 6.00 rano. Widać, że słoneczko nie próżnuje i obdarza nas ciepłem, co wprowadza wszystkich w optymistyczny nastrój. Wyjeżdżamyz Gaujieny o 8.00, kierunek Cēsis (Kieś), Po drodze zatrzymujemy sięw tzw. „Małym Biskupinie” w miejscowości Araiši 5). Osada z X wieku, zrekonstruowane zabudowania mieszkalne i gospodarcze, na wzgórzu ruiny zamku krzyżackiego. Piękne widoki nad jeziorem, warto było się tu zatrzymać. Nie zaszkodzi uwiecznić widoku, który pozostanie pod powiekami i na zdjęciu.

Wjeżdżamy do Cēsis 6), tam robimy sobie 2 godziny przerwy na zwiedzanie miasta. Zamek krzyżacki, siedziba mistrza krajowego, kilka kościołów i cerkwi, ładne centrum, trochę drewnianej zabudowy i tyle.

Główną szosą z Rygi do Pskowa wiodącą przez lasy docieramy nad rzekę Amatę; cała grupa zamienia się teraz w piechurów. Idziemy przecudownej urody ścieżką wzdłuż rzeczki, która na tym odcinku stanowczo zasługuje na nazwę górskiego potoku. Wokół wysokie, urwiste wzgórza, piaskowcowe obrywy nad rzeką, a ścieżka wije się w górę i w dół, co chwila odsłaniając wspaniałe widoki. W 1/3 trasy sztuczne jezioro, tama i chyba niewielka elektrownia.

Sycimy oczy tymi widokami, zapamiętujemy je pod powiekami na zawsze. Czy jeszcze tu kiedyś będę? Bardzo mało prawdopodobne, więc robię wiele zdjęć, aby potem mieć te widoki przed oczami. Droga nie dłuży się, nie jest monotonna, w końcu docieramy zmęczeni po 15 kilometrach do uroczej polany pod stromą i wysoką skałą nad Amatą. Tu będziemy biwakowali, ale najpierw jeszcze w kilka osób udaję się w dół rzeki, robię ścieżką w parku narodowym kolejne kilka kilometrów.

Piękny zmierzch, cisza, nierealność tego, że tu jesteśmy. Konie pasą się na łące, widok ze skał cudowny. Na skały prowadzą oporęczowane schody, a na samym jej szczycie jest galeria widokowa. Miejsce naszego biwaku jest jednocześnie wrotami do parku narodowego, postawiono tu nawet budynek z kasą, jakieś rzeźby, plac zabaw, wyznaczono ścieżki turystyczne. Nas opłaty nie dotyczą, o tej porze pusto tu i cicho.

12 czerwca, sobota

Wczesna pobudka, po raz kolejny już o 6.00. Chciałem zrobić zdjęcie skały skąpanej w porannym słońcu i widzianej sprzed namiotu, a tu przykra niespodzianka - leje. Mokre namioty. Pakowanie i wyjazd o 8.00. Jedziemy ładną okolicą, widzimy po drodze skałki piaskowcowe w Ligatne, w nich wykuto groty, z których część służy jako piwnice, schowki. Jedziemy obwodnicą Rygi, przekraczamy granicę z Litwą, skręcamy w bok, w kierunku Birż. Robi się powoli lepsza pogoda, nie pada przynajmniej.

Najpierw wysiadamy w Podbirżach 7), gdzie znajduje się duży pałac Tyszkiewiczów, położony bezpośrednio nad jeziorem. Potem docieramy na drugi brzeg jeziora, do Birż 8). Tam trzy godziny postoju, akurat tyle, aby pozwiedzać miasteczko, jego najważniejsze zabytki i jeszcze jakieś zakupy zrobić. Idę więc brzegiem jeziora i docieram do odrestaurowanego pałacu, siedziby żmudzkiej gałęzi rodu Radziwiłłów. Pałac otoczony potężnym wałem ziemnym, ładnie utrzymany, z przepięknym mostem zwodzonym nad fosą. Poza tym dwa kościoły, kilka zabytkowych domów i tyle.

Ruszamy drogą na Kowno, mijamy miasto i zjeżdżamy z głównej drogi na Wilno nad Morze Kowieńskie, czyli sztuczne jezioro utworzone przez spiętrzenie wody Niemna. Rozbijamy namioty w lesie, słoneczko grzeje, wywołuję poruszenie grupy informacją, że wykąpałem się w zalewie. Nie dodałem, że nie ma to jak kąpiel w stroju Adama, wiele dusz byłoby niepocieszonych, że nie poszły ze mną przez las... A zachęcałem. Ostatnie ognisko, romantyczny zachód słońca nad lasami po drugiej stronie zalewu. Czerwono-złote barwy na pożegnanie Litwy. Jutro już prosto do Polski.

Treść – Wojciech Federowicz

Redakcja techniczna – Jan Kramek

wersja z dnia: 5.06.2008

-----------------------

Pełna wersja zawierająca przypisy jest w załączonym dokumencie do pobrania: Relac_2004_2.pdf

2004_02_002_m2 2004_02_004_m1 2004_02_006_m1 2004_02_008_m1 2004_02_009_m2 2004_02_010_m 2004_02_012_m1 2004_02_013_m1 2004_02_014_m1 2004_02_015_m2 2004_02_017_m1 2004_02_018_m1 2004_02_019a1_m 2004_02_019ag_01_m1 2004_02_019ag_02_m1 2004_02_019ag_03_m1 2004_02_019ag_04_m1 2004_02_019ag_06_m1 2004_02_019ag_07_m1 2004_02_019ag_08_m1 2004_02_019ag_11_m1 2004_02_019ag_13_m1 2004_02_021_m1 2004_02_022_m1 2004_02_025_m1 2004_02_026_m2 2004_02_027_m1 2004_02_028_m1 2004_02_029_m1 2004_02_030_m1 2004_02_031_m1 2004_02_032_m1 2004_02_033_m1 2004_02_034_m1 2004_02_035_m1 2004_02_036_m1 2004_02_038_m1 2004_02_041_m1 2004_02_043_m1 2004_02_044_m1 2004_02_045_m1 2004_02_046_m1 2004_02_048_m1 2004_02_049_m1 2004_02_051_m1 2004_02_054_m1 2004_02_055_m1 2004_02_057_m1 2004_02_059_m1 2004_02_060_m 2004_02_061_m